Czwarte piętro bez windy. Szafa, fotel, tapczan, biurko. Talerz nektarynek, fajansowy czajnik, widok na wieżę kościoła, z której codziennie punkt dwudziesta pierwsza dzwonki grają Maryjo, Królowo Polski – to mój wrocławski kapitał na start.
W pierwszym odcinku serialu #filologiabezściemy mieliście okazję dowiedzieć się, że do stolicy krasnali zagnało mnie serce po roku uprawiania związku, sponsorowanego przez PKP i chusteczki do nosa. Nie wiecie jednak, że zanim nastąpił ten radosny moment, w którym w pewną niedzielę wieczorem zamiast przez okno pociągu pomachaliśmy sobie przez szybę tramwaju, który grzecznie odwoził mnie co wieczór do mojego mieszkania, nastąpiła w moim życiu seria mrożących krew w żyłach zdarzeń natury administracyjno-organizacyjnej. Jeśli macie pod ręką dosyć popcornu, pod dostatkiem dowolnego napoju o dowolnym nasyceniu bąbelkami i odwagę– wskakujcie w drugi wagonik tego rollercoastera i trzymajcie się mocno własnych spodni!

Całkiem dobrze się złożyło, bo gdyby mój entuzjazm nie był tak dziki, a tylko umiarkowany, to ten czający się za rogiem kataklizm zmiótłby mnie chyba kompletnie z powierzchni kuli ziemskiej.Postaram się to zrelacjonować najzwięźlej jak się da, w czym może mi pomóc lekka mgiełka otępienia, jakie towarzyszy moim wspomnieniom tamtych dni. Wymagane wpisy do indeksu uzyskałam, podobnie jak błogosławieństwo Dyrekcji IFR w Poznaniu. Zielone światło w IFR we Wrocławiu błysnęło równie wyraźnie jak zieloniutka okładka dwóch nowych indeksów – na wszelki wypadek, wiedziona szaleństwem albo intuicją, złożyłam bowiem także dokumenty na pierwszy rok filologii hiszpańskiej (o, francuszczyzno, pojmij na mą rozpacz ówczesną i przebacz mi tę zdradę).I wtedy równocześnie nastąpiły dwa zdarzenia.Po pierwsze wezwano mnie do dziekanatu w sprawie braku ważnego dokumentu, uniemożliwiającego podjęcie studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, uczelni czcigodnej i wielce szanowanej. Pani obdarzona przenikliwym spojrzeniem, prześwietlającym petenta znad kontuaru jak rentgen, poinformowała mnie, że nie mogę kontynuować studiów na drugim roku filologii francuskiej, jeśli nie dołączę do mojej teczki czegoś, co zwięźle nazwała zaświadczeniem o niekaralności. Potakując karnie głową, drżącą ręką zapisując tę przeklętą nazwę w organizerze, obiecałam doręczyć podobne pismo najszybciej jak to będzie możliwe. Wystrzeliłam na wydeptany już do tej pory moimi obcasami korytarz i jęłam dzwonić do wszystkich świętych: co to za dokument? Skąd ja mam to wziąć? Czemu, u licha, nikt dotąd się o tym nie zająknął, choć organizowałam tę moją przeprowadzkę już od kwietnia, wypytując każdego, kto chciał ze mną rozmawiać, o konieczne pisma i procedury? Co ja mam im udowodnić?! Nie myślałam trzeźwo, doszłam więc do wniosku, że oni po prostu żądają ode mnie pisma z sądu, że nikogo nie zabiłam, nikogo nie okradłam, nie jeździłam bez biletu, nie demolowałam publicznych toalet, nie prałam brudnych pieniędzy i nie sprzedawałam narkotyków, słowem – żem czysta jak kropla wody z górskiego potoku i godna tytułu studentki wrocławskiej Uczelni Najwyższej. Po tygodniu zwiedzania Wrocławia w poszukiwaniu odpowiedniego sądu, złożywszy namiętne pocałunki na klamkach wielu drzwi, poznawszy wielu uczynnych, ale rozkładających ręce urzędników, wydobyłam z gardzieli Wydziału Ksiąg Wieczystych opatrzone odpowiednimi znaczkami skarbowymi zaświadczenie, że niżej podpisana, urodzona acz prawie już ze strachu o własny los martwa, wolna jest od wszelkiej winy i nieobciążona żadną karą. Niosąc toto w teczce przez uczelniany korytarz miałam wrażenie, że moja torba jaśnieje, a sufitowe stiuki układają się nad moją głową w triumfalny łuk, który spadł mi na łeb z chwilą, gdy wręczyłam moje Święte Zaświadczenie pani Rentgen. Ta bowiem na widok mojej zdobyczy… ryknęła śmiechem i szybko zawołała swoje koleżanki, by zobaczyły na własne oczy pąsową, głupią kozę, która właśnie przyniosła do dziekanatu ZAŚWIADCZENIE Z SĄDU, kiedy chodziło po prostu o zdanie, podpisane nazwiskiem kogoś z Poznania, że ja z tych studiów nie wyleciałam, ale przenoszę się dobrowolnie. Ja się teraz z tego śmieję, ale wtedy zmalałam do rozmiaru orzeszka i pragnęłam wkulnąć się gdzieś pod szafę. Powiedzcie – nie mogła tak od razu?! W efekcie ten dokument wybiegała już dla mnie moja przyjaciółka z Poznania, bo u mnie już zaczęły się zajęcia i nie mogłam sobie pozwolić na kolejną podróż w świat.
Tu zaczyna się druga, zasadnicza dla mojego studenckiego żywota część tej opowieści. Czwarty października, poniedziałek, godzina jedenasta, Plac Nankiera 4, sala 2.5, moje pierwsze spotkanie z Panią Profesor od historii literatury francuskiej XVIII wieku. I jedna, jedyna myśl, śpiewana przez mózg na melodię znanej piosenki: CO JA TUTAJ ROBIĘ… Bo te struchlałe w ławkach dziewczęta, onieśmielone pięknem świeżo odrestaurowanego budynku, ustawione do pionu energiczną i stanowczą mową powitalną miały już za sobą pierwszoroczną rzeź na egzaminie z literatury XVII wieku. Pośród nich siedzę ja, która swoją przygodę z HLFem skończyłam wraz z wiekiem XVI. Poczułam, jak nad tą programową dziurą, utajoną przez identyczną liczbę punktów ECTS, wszystkie włosy na ciele stają mi dęba. Zaświadczenia doniosłam, bitwę administracyjną wygrałam, ale tego to ja już nie ogarnę, pomyślałam, i wywieszą trupa mego na murach miejskich na pożarcie psom porażki, a mama i tata będą tłumaczyć się sąsiadom, że dziecko ich padło w Festung Breslau.
W ten sposób zaczęła się największa i najwspanialsza harówa w moim studenckim życiu. Nie potrafię Wam pokazać żadnego zdjęcia z tamtego czasu, bo nie robiłam naprawdę nic ponad siedzenie w książkach. Postawiłam sobie za punkt honoru przeczytanie, opracowanie i opanowanie każdego bodaj skrawka utworu, jaki pojawił się w sylabusie zajęć, łącznie ze wszystkimi dostępnymi komentarzami teoretycznymi, jakie udało mi się znaleźć w instytutowej bibliotece, internetowych archiwach i czeluściach Biblioteki Uniwersyteckiej. Jakaś totalna masakra. Paradoksalnie wtedy, w te najczarniejsze dni zimowe, kiedy byłam pewna, że szaleję, chudłam na potęgę, całymi tygodniami jedząc tylko zupę ogórkową od babci i pijąc kawę za kawą, pieniądze przeznaczając na drukowanie skryptów i połowy internetu, śpiewając razem z dzwonami pieśni przebłagalne… rozkochałam się w literaturze. Czerpałam dziką satysfakcję z odkrywania, że im więcej czytam, tym więcej rozumiem, że przez francuską literaturę mknę coraz swobodniej, a nowe słowa zostają w moim mózgu i zagęszczają językowe sito, przez które ucieka coraz mniej słówek i kontekstów. Zdążyłam. I datę 10 lutego 2011 będę wspominać już na zawsze jako dzień decydującej o moim być lub nie być batalii – wykuta na blachę, ze zdaniami gotowymi kąsać jak celne strzały stawiłam się na egzamin, który okazał się rozmową na wysokim poziomie o niebanalnych, choć niełatwych problemach stawianych przez siedemnasto- i osiemnastowieczne tęgie głowy. Przeżycie, którego na pewno do starości nie zapomnę!Wygląda na to, że literatura na studiach odciska trwały ślad na wszystkich umysłach. W Waszych wypowiedziach w ankiecie, dzięki której mam możliwość szerzej spojrzeć na studia romanistyczne, wskazujecie jednak historię i teorię literatury jako jedne z najmniej przydatnych przedmiotów na filologii. „Nie do przejścia na trzeźwo” – napisała wprost Magda, przestrzegając tym samym kandydatów na filologów. „Nie jestem molem książkowym”, podkreśla Kinga dodając, że nie lubuje się w literaturze.
W większości odpowiedzi daje się zauważyć rozczarowanie znaczącą objętością zajęć teoretycznoliterackich, których obecność w idealnym świecie miałaby zostać skondensowana na rzecz zajęć praktycznych. Zgodzę się, że mówienia, pisania i gramatyki nigdy dość, jednak uważam, że trochę bagatelizujemy możliwości rozwinięcia się językowo, jakie daje czynny udział w ćwiczeniach z literatury i czytanie oryginałów analizowanych dzieł. Jasne, nie zrozumiesz wszystkiego, a kto ma czas tłumaczyć każde słówko. Jasne, czasy stosowane w utworze literackim dawno wyszły już z codziennego języka. Jasne, przeczesując się przez osiemnastowieczne karty EncyklopediiDiderota natkniesz się na słowa, które nic ci nie powiedzą, a kopia oryginalnych stronic i charakterystycznej czcionki będzie kazała długo zastanawiać się czy to litera f czy s i cóż to słowo może oznaczać. To jest coś dla koneserów i coś trochę dla wariatów. Ja jednak wiem jedno – w życiu nie posługiwałam się tak swobodnie takim zasobem francuskich słów jak na pamiętnym egzaminie. Zawdzięczam to rozpaczy, niejednej przepłakanej nocy, adrenalinie i nerwom, ale też ambicji, uporowi, pragnieniu, by nie zawieść. I ogromnemu apetytowi, który rósł w miarę jedzenia – bo utwory literackie przenikają się wzajemnie, czerpiąc ze wspólnego pola odniesień, metafor, pobrzmiewając echem poglądów, teorii, które ilustrują zapierającą dech w piersiach poetyką. Mówiłam, że to sport dla wariatów! Jeśli tylko masz otwartą głowę i akceptujesz fakt, że literatura narodowa to bezcenny skarb języka, którego się uczysz – wygrasz filologiczne życie. Moje zdanie zdaje się podzielać Ola, która pisze, że największym pozytywnym zaskoczeniem była dla niej teoria literatury. „To dziedzina, o której myślę przy każdej czytanej książce i przy każdym oglądanym filmie czy sztuce teatralnej. Myślę, że to coś, co bardzo poszerza horyzonty i, o ile mamy kompetentnego wykładowcę, sprawia, że chcemy sami tworzyć interpretacje znanych dzieł.” To my, filolodzy! And what’s your superpower?!
Niektóre z Waszych opowieści przestrzegają, rozśmieszają, bawią, ucząc i uczą, bawiąc. „Cztery semestry teorii literatury poświęcone kazirodztwu – to bez sensu i nigdy mi się w życiu nie przydało”. Nutka goryczy pobrzmiewa w wielu Waszych wypowiedziach o rozczarowującej proporcji teorii i praktyki: „Szkoda, że większość tygodnia była poświęcona zajęciom literackim, bo pomimo ukończonych studiów nie potrafię dogadać się w codziennych sytuacjach i nadal się z tym zmagam.” Ja też chętnie przyjęłabym na klatę więcej praktyki, jednak większość zajęć z bloku PNJF wspominam raczej źle i chyba nie chciałabym przeżyć tego w większym stężeniu. Na gramatyce trzaskaliśmy kolejne ćwiczenia z serii Grammaire en contexte. Wałkowaliśmy w nieskończoność connecteurs logiques. Wstawialiśmy w luki czasowniki w passé composé albo w imparfait – coś, co doskonale mogliśmy robić pod czujnym okiem własnej biurowej lampki. Więcej zajęć praktycznych? Brałabym, jak to mówią, ale w takim kształcie, w jakim widzi to Agnieszka, czyli więcej mówienia, kluby konwersacyjne, spotkania z rodowitymi użytkownikami języka, których przecież w dużych, studenckich miastach nie brakuje. Albo klasycznie, słówka, gramatyka i wymowa, ale z dośrubowanym poziomem, w legendarnej atmosferze postrachu sianego przez tradycyjnego nauczyciela z powołania – w Waszych i moich wspomnieniach pojawia się kilka takich osób. Takich, u których wstydem jest nie wiedzieć, a żenadą nie potrafić. Tych wspomina się po latach, a choć ciśnienie skacze na samą myśl, słówka pamięta się do dzisiaj!Osobiście rozczuliła mnie wypowiedź jednej z Was, wspominającej swoje magisterskie przeboje:
Jedyny poważny bemol dotyczył mojej pracy magisterskiej, która nie mieściła się w temacie proponowanych seminariów. Miałam duży problem ze znalezieniem promotora i wymówki wykładowców były bardzo rozczarowujące na przykład ta: „Ostatni raz jak się zgodziłam prowadzić indywidualny tok pracy, dziewczyna zamiast pisać zaszła w ciążę”. Damn it…
Od legendarnych do przeciętnych – taki przekrój osobowości napotkasz tam, gdzie zdecydujesz się studiować. Ba, z takim przekrojem zderzysz się w dyskusyjnym klubie filmowym, w autobusie, w kolejce po chleb. Tacy już jesteśmy – różni! Niewątpliwie pożądanymi cechami nauczyciela akademickiego są: pozytywne nastawienie do nauczanego przez siebie przedmiotu (spróbujcie tylko z przekonaniem opowiadać półtorej godziny w tygodniu o czymś, z czym się nie zgadzacie albo czego nie lubicie, pfff), kreatywność (by porywać tłumy, nie wystarczy czytać wykładu z kartki), a jeśli przy tym umie tak prowadzić zajęcia, że nawet po pobieżnym przejrzeniu lakonicznych notatek pamiętasz 90% wykładu, czujesz się jak po trafieniu szóstki w totka.
Warto jednak pomyśleć też o tym, że wykładowcy mają też w głowie pewien archetyp studenta – przygotowanego do dyskusji (bo w ferworze studenckiego życia jakoś znalazł tę chwilę na przejrzenie przesłanego na skrzynkę roku artykułu), łaknącego wiedzy, zaopatrzonego w kserówkę lub skrypt a nie szukającego go wzrokiem na suficie, podczas gdy pytania lądują między ławkami jak ślepaki. Dlatego uważam, że dobrze jest, gdy nasza dojrzałość sygnalizuje nam kiedy warto zacząć przypatrywanie się światu od samego siebie i dostrzec potencjał do zmiany, zanim zaczniemy punktować go u kogoś innego*.
Dobra, dobra. Zapaliła Wam się może w głowie czerwona lampka – taka święta, zajarana na literaturę, to dlaczego zamiast pisać doktorat w zakładzie literaturoznawstwa jakiegoś renomowanego uniwersytetu została nauczycielką francuskiego w prowincjonalnym miasteczku?
Czy smakował jej gruz, który jadła na początku swojej kariery?
Po co jej na lekcjach patyczki laryngologiczne i plastikowe piłki?
Głód odpowiedzi niech towarzyszy Wam do przyszłego tygodnia, bo o tym wszystkim wyczerpująco jak zawsze i szczerze jak nigdy będę pisać w następnym odcinku #filologiibezściemy.

Weszłam na Twojego bloga i nie mogę się oderwać, a praca czeka! Piszesz rewelacyjnie! Tak, że trudno się oderwać w oczekiwaniu co będzie dalej. Swoją drogą, fajnie wspomina mi się studenckie czasy we Wrocławiu, co prawa studiowałam prawo (parę ulic dalej) i tylko trzy lata, bo później kończyłam studia na UW, ale to już nie to samo… studenckie czasy we Wrocławiu mają swój urok!
Pozdrawiam serdecznie!
marzy mi się #filologiabezsciemy w postaci książki. I najlepiej grubej. Twój styl pisania uzależnia!
O mamuniu, dziękuję! Marta, to taki miły komentarz. Dziękuję! Kto wie!