„Nim odeszła, powierzyła mi gruby, ponad dwustustronicowy zeszyt, który zawierał dziennik i myśli Beja Ahmeda. Czytałem go wielokrotnie. Za każdym razem byłem poruszony i nie wiedziałem, co mam zrobić z tą historią. Zacząłem ją więc opowiadać.”
I od razu trzeba Wam wiedzieć: to nie jest bajka na dobranoc. To książka bezbrzeżnie smutna, poplątana jak uliczki arabskiego miasta, bo jej czytanie przypomina przeciskanie się przez wąskie przesmyki i większe lub całkiem niepozorne bramy. Narrator obiecuje: „Będę wam dawał po kolei klucze do tych bram. Tak naprawdę macie już te klucze, ale o tym nie wiecie; a gdybyście nawet wiedzieli, nie potrafilibyście obrócić ich w zamku.”Mam wrażenie, że zamknięcie to przewodni motyw tej opowieści – jej głównym wątkiem jest historia człowieka, który urodził się jako siódma córka w rodzinie ojca, który nade wszystko pragnął mieć syna, więc przedstawił ją światu jako Mohameda Ahmeda. Nakazał ubierać dziecko jak chłopca, zorganizował nawet uroczystość obrzezania, dając zranić się w palec, by pociekła krew. Mohamed wchodzi w swoją rolę krokiem chłopaka – goli się, krępuje piersi szeroką opaską, chodzi do męskiej łaźni i stara się nie płakać. Dopada go jednak samo życie, pali ogień pożądania, z którym nie wiadomo co począć, męczy odosobnienie, które narzuciła mu rodzina. Bohater, którego sam narrator nie wie jak ma nazywać, próbuje więc żyć, a ścieżki tego życia są kręte jak cała powieść. Prowadzi nas ona do cyrku, do ciemnych pokoi, w których rządzi ciało, do bibliotek, w których zamknięte są inne opowieści. Próbujemy odpowiedzieć na pytania, których nie mamy odwagi zadać.
Jest mi ta książka bliska i daleka jednocześnie – egzotyka potrafi przyprawić o zawrót głowy, jednak analizując moje marcowe lektury jestem ogromnie wdzięczna za to, że pisałam pracę magisterską na temat postmodernizmu i (uwaga, moje ulubione sformułowanie) metafikcji historiograficznej. W powieściach, które teraz wspólnie czytamy, znajduję potwierdzenie argumentów z uczonych książek o teorii literatury i jest to szalenie przyjemne uczucie. Literatura postmodernizmu sama się sobie przygląda, pełna jest aluzji do swoich słabości i podważa wiarygodność swojego przekazu. Puszcza do nas oko, przypominając, że nie istnieje coś takiego jak obiektywna prawda ani bezstronna relacja – pisanie jest tak niedoskonałe jak sam człowiek. „Dziecko piasku” fantastycznie mi o tym wszystkim przypomniało.Ten wpis jest częścią mojego osobistego festiwalu frankofonii, podczas którego mam ochotę dzielić się z Wami inspirującymi lekturami spoza kanonu. Na moim stosie „do przeczytania” leży już kontynuacja „Dziecka piasku”, czyli „Święta noc”, a książki te, tak jak „Sprawę Meursaulta” z ubiegłego tygodnia i „Kielonka”, o którym za tydzień, opublikowało Wydawnictwo Karakter. Ich dewiza? „Wydajemy co nam się podoba”. Lubię to, a Wy?
Imponujace! Niezwykle ciakawa lektura, sprobuje dorwac ebooka (mieszkam zagranica). Wreszcie mnie cos zaintrygowalo. Gratuluje gustu i wrazliwosci 🙂 Merci